Recenzje

9 miesiecy temuTsuru Japan Festival 2016 było czwartą odsłoną konwentu organizowanego przez grupę Tsuru. Chociaż zeszłoroczna edycja zdobyła naszą przychylność, tym razem nie obędzie się bez kilku gorzkich słów. Jak poradzili sobie organizatorzy w tym roku?

 

Na pierwszy rzut oka próżno szukać większych zmian w całokształcie imprezy. Zespół Szkół Technicznych w Rybniku, późna jesień (12-13 listopada), ogólna konwencja – te elementy powtarzają się już po raz czwarty. No, może za wyjątkiem kwestii festiwalowej, która w tym roku miała nadać konwentowi wyjątkowego charakteru. Organizatorzy postanowili rozgrzać uczestników letnimi klimatami motywu Tanabata – japońskiego święta spełniania marzeń, którego chyba najbardziej charakterystycznym symbolem są udekorowane w kolorowe karteczki z życzeniami bambusowe drzewka. W praktyce wyglądało to nieco inaczej. Co prawda było drzewko i lampiony, były życzenia, ale poza nimi, klimatu Tanabata zdawało się brakować.

 

Przejdźmy teraz do kwestii oprawy graficznej oraz „logistyki konwentowej”. Już z początkiem kwietnia „Tsuru” zaprezentowało swoje nowe logo. Wpłynęło to bezpośrednio na wizerunek witryny internetowej konwentu, która, w porównaniu do zeszłorocznej, prezentowała się bardzo dobrze. Była przede wszystkim bardziej przejrzysta i pozbawiona licznych błędów językowych, o które nietrudno było w zeszłych edycjach. Dosłownie wszystko zmierzało w dobrym kierunku do czasu, aż rozpoczął się konwent... Na miejsce dotarliśmy na niedługo po godzinie 11:00, więc z racji, że nie było już żadnych kolejek, akredytacja zajęła nam jakieś 10 minut. Jeśli jednak jesteście ciekawi co z kolejkonem, to już informujemy. Po konsultacji z naszymi znajomymi kolejkowy ogonek zaczął skracać się jeszcze przed oficjalną godziną otwarcia, jednakże pojawiła się (lub raczej zniknęła) kwestia informatorów, smyczek i mapek. No i właśnie… jeśli organizatorzy mają określoną liczbę wykupionych wcześniej biletów oraz wybraną liczbę wejściówek możliwych do nabycia na miejscu, to wypadałoby, aby dla każdego uczestnika nie zabrakło któregokolwiek z wcześniej wspomnianych przedmiotów, co niestety nie zostało dopilnowane. Dla jednego z nas zabrakło opaski medialnej. Nieładnie!

 

 

Powiedzmy, że jesteśmy już na miejscu, co prawda bez mapek i informatorów, ale mniej więcej obeznani, zwłaszcza że budowa szkoły jest już nam znana z poprzednich edycji. W celu odszukania naszej sali kierujemy się w stronę rozwieszonych na ścianach mapek. Pomysł prosty i praktyczny, jednakże zabrakło w nim jednego równie prostego rozwiązania – zaznaczonego punktu odniesienia, przy którym się obecnie znajdowaliśmy. Taki punkcik co prawda nie był niezbędnikiem, ale z pewnością jego obecność ułatwiłaby konwentowiczom szybsze eksplorowanie zawiłych korytarzy rybnickiej szkoły. W tym miejscu z pewnością każdemu z uczestników nasuwa się pewna negatywna myśl na temat samego budynku, w którym odbywał się konwent. Jak zdołaliśmy przewidzieć w zeszłorocznej relacji, miejsca zaczęło po prostu brakować. Nie tylko ze względu na ilość uczestników, ale przede wszystkim ze względu na liczbę zaproszonych wystawców. Chociaż, jeśli mamy się doszukiwać głównego błędu, to najprawdopodobniej padłoby na namioty. Tak, namioty. Korytarz przeznaczony dla wystawców został zamieniony w alejkę straganów, przez co każdy z potencjalnych kupujących zmuszony był do sumiennego przeciskania się pomiędzy innymi uczestnikami a nóżkami namiotów. Trzymamy kciuki, żeby podobna sytuacja nie miała miejsca za rok.

 

Wystawcy wystawcami, ale co z panelami? Przywykliśmy już do tego, że konwenty Tsuru nie są imprezami, na których brakuje atrakcji w postaci prelekcji, wiedzówek, konkursów i innych dodatków. Tak samo było w tym roku. Sal panelowych było łącznie sześć, razem z salą Anime24, więc każdy z fanów konwentowych prelekcji z pewnością znalazł coś dla siebie. Oprócz tego, do dyspozycji konwentowiczów była sala fantastyczna skupiona na uniwersum Wiedźmina, sala artystyczna, gdzie odbywały się różnorodne warsztaty, sala konferencyjna, specjalnie dla zaproszonych gości i prelegentów, no i oczywiście sala główna, czyli tzw. “main” – tradycyjnie najgłośniejsze miejsce na całym konwencie, gdzie odbył się także pokaz cosplayerów, o którym już za chwilę. Była też jakaś sala widmo, ale do dzisiaj nie mamy pojęcia, gdzie ona była, ani o co z nią chodziło. O ile wybór atrakcji był dość duży i zachęcający, o tyle zachowania niektórych prowadzących, jak i oczywiście uczestników wprost odstraszały. Świetnie zdajemy sobie sprawę z tego, że organizatorzy nie mają wpływu na zachowanie poszczególnych jednostek na konwencie, jednakże jeśli naszą relację czyta jedna z osób, które postanowiły przywieźć ze sobą “odrobinę” złego humoru i nastawienia, a następnie dzielić się nim z innymi konwentowiczami, to z pewnością nie trafił na odpowiednie miejsce. Zwłaszcza jeśli dumnie trzymały pałeczkę prowadzącego. Takie zachowania były jednak sporadyczne, więc zdecydowana większość atrakcji była jak najbardziej na plus. Szczególne podziękowania kierujemy do dziewczyn z Hogwartu, które odpowiedzialne były za zorganizowanie wyjątkowych i niezapomnianych kalamburów.

 

Czas na opis atrakcji, która potwierdziła, że „Tsuru” w krótkim czasie nabrało odpowiedniego doświadczenia, aby zacząć robić konwentowe show. Wiecie, o co chodzi, prawda? Chodzi oczywiście o konkurs cosplay. Tegoroczny konkurs wyjątkowo nas zaskoczył. Po naprawdę niewielkim opóźnieniu ruszyły pierwsze scenki. Scenki, które udało się nam zobaczyć przebijając się identyfikatorem medialnym przez prawdziwy kolejkon tego konwentu. Oprócz polskich cosplayerów, na scenie konkurowali także zaproszeni goście z Czech i Niemiec, którzy reprezentowali bardzo dobry poziom. Łącznie scenek było aż 46, przez co cosplayowe widowisko z planowanych 2 godzin, przedłużyło się do łącznie około czterech godzin trwania. Naszą szczególną uwagę przykuła wyjątkowo obszerna grupka z Owari no Seraph. Świetne zgranie aż 17 osób, którym odegranie prawie połowy postaci z serii zapewniło zgarnięcie nagrody publiczności. Pojawiało się także mistyczne Krzesło-senpai (prawdziwa legenda rybnickiego konwentu), ale z powodu ograniczonego czasu, bardzo rzadko. Warto jednak dodać, że gdyby nie wejściówki medialne, nie byłoby nas w ogóle na tej atrakcji, a głosy prowadzącego i helperów „Upychajcie się, przesuwajcie, tam jest jeszcze miejsce!” brzmiały naprawdę przerażająco.

 

 

Zarówno przed, jak i podczas trwania konkursu cosplayowego, dla uczestników przygotowane zostały ciekawe przerywniki. Pierwszym z nich był fireshow przygotowany przez 3-osobową grupkę pasjonatów. Były wybuchy (całe szczęście bez udziału samochodów, jeśli wiecie co mamy na myśli) i ogniste igraszki, a wszystko to podczas pierwszego opadu śniegu w Rybniku. Mimo to, mistrzowie ognia zdołali ocieplić nieco klimat. Swoje umiejętności zaprezentowali także nieco później, pomiędzy cosplayowymi scenkami. Tym razem zamiast ognia, trio zaprezentowało taniec z ledowymi światełkami. Wrażenia? Zdecydowanie pozytywne.   

 

 

Na koniec nie pozostaje nam nic innego, jak podsumować konwent. Postanowiliśmy nie zważać na obszerny feedback, jaki otrzymali organizatorzy zaraz po zakończeniu wydarzenia, pomimo że niektóre z komentarzy były wyjątkowo dosadne, chociaż nie zawsze w pełni uzasadnione. Tsuru Japan Festival 2016 nie był ani złym, ani szczególnie dobrym konwentem. Mimo że po trzeciej edycji imprezy nasze oczekiwania do tego konwentu znacznie wzrosły i nie zostały w pełni spełnione, z chęcią wybierzemy się na kolejną, piątą już odsłonę tego konwentu.

 

Też byliście na Tsuru? Jeśli tak, dajcie znać czy Wam się podobało!

6.5
  • - Brakowało klimatu Tanabata.
  • - Zabrakło informatorów, smyczek i mapek.
  • - Namioty wystawców tworzące tor przeszkód.
  • - Za mały budynek.
  • + Nowa oprawa graficzna.
  • + Duży wybór paneli, konkursów i LARP-ów.
  • + Świetne cosplayowe (i nie tylko) show.