Czytelnia

Premiera Dragon Ball Super zbliża się wielkimi krokami i z tej okazji postanowiłem przeanalizować, co takiego sprawiło, że mówimy tu o fenomenie na światową skale. Mówię oczywiście o marce, która pomimo zakończenia swojej opowieści w 1995 roku, dalej świeci triumfy i przynosi masę pieniędzy

 

Postaram się ograniczyć w tekście suche fakty, które każdy fan zna. Czyli na przykład to, że Dragon Ball był wzorowany na klasycznej opowieści „Podróż na Zachód”, że pochodzenie Goku jest takie samo jak Supermana czy inne inspiracje, które mniej lub bardziej wprawione oko powinno dostrzec.

 

Manga swoją premierę miała w 1984, a do dziś nagrywane są nowe adaptacje kinowe, gry czy gadżety. Śmiało może konkurować z wielkimi tytułami wydawanymi obecnie, jak One Piece, Bleach czy Fairy Tail, z resztą twórcy tych dzieł nie ukrywają faktu inspirowania właśnie Smoczymi Kulami.

 

Jeśli ktoś jest taki stary jak ja i pamięta czasy, gdy Internet był jeszcze na wiadra, to powinien pamiętać w jakiej postaci był do nas dostarczony Dragon Ball. Francuska wersja anime z nieśmiertelnym lektorem, z którego śmieją się inne narody. Co ciekawe obecnie na AXN można obejrzeć Dragon Ball Kai, co prawda w języku japońskim, jednak dalej jest to wersja z lektorem. Odpuszczę sobie dygresję na temat tego co uważam o tego typu zabiegach. Wróćmy do fenomenu, bo niewątpliwie mówimy tu o czymś takim. Zacznijmy od tego, że jeśli zapytacie kogokolwiek z roczników w przedziale 89-94, na pewno będzie wiedział czym jest Dragon Ball i powie nawet imię głównego bohatera. W tamtych czasach, codziennie o godzinie 15 podwórka pustoszały, bo właśnie w TV leciała ta „bajka”

 

Dragon Ball już od momentu pojawienia się w Polsce miał dość ciężko. Była to jedna z pierwszych japońskich animacji udostępniona w naszej telewizji. Powiedźmy sobie szczerze, Dragon Ball różnił się od innych kreskówek, które za młodu każdy z nas oglądał. Głównym powodem, przez który rodzice zabraniali go oglądać, była brutalność:  sceny walki i wszechobecna krew. Później pojawiła się głośna afera z „Supernianią” i określenie Dragon Ball mianem zboczonego porno-komiksu.

 

Skoro już przybliżyliśmy jak z tym tytułem było kiedyś w naszym kraju, powiem może teraz za co ja, osobiście pokochałem to dzieło i do tej pory uważam je za jedne z najlepszych.

 

Bohaterowie – Tak sympatycznych, groźnych i jednocześnie zabawnych postaci nigdy wcześniej nie miałem okazji spotkać. Co ciekawe, schemat głównego bohatera, który jest nieco głupkowatym żarłokiem jest dość skutecznie stosowany do dzisiaj. Przykładem mogą być chociażby Naruto czy Luffy, którzy są prawie klonami Goku. Były to po prostu sympatyczne postaci, a każda miała swój konkretny charakter. Vegeta to dumny książę, Krilan natomiast, był wiernym przyjacielem. Pamiętam, że przez długi czas moim ulubieńcem był Piccolo, czy jak został u nas nazwany Szatan Serduszko :P. Teraz te nazwy oczywiście śmieszą, jednak wtedy nie należało z niego drwić :P. Każdy miał swojego ulubionego bohatera, który w tamtym czasie jakby go kształtował. Przekazywał wartości takie jak przyjaźń czy poświęcenie, a nawet miłość ojca do syna. Interakcje między tymi postaciami to, że potrafili odłożyć na bok wzajemne niechęci, czy nawet dumę, aby pokonać wspólnego przeciwnika, były naprawdę świetnym wzorem współpracy.  

 

Świat – Pierwszy raz spotkałem tak zakręcony świat. Pełen dziwaków, kosmitów, a także futurystycznych pojazdów. Mieliśmy tu do czynienia ze starymi samochodami przerobionymi na poduszkowce z przyszłości. Helikoptery w kapsułkach, czy pies jako prezydent planety Ziemia. Do tego na dzikich terenach żyły dinozaury. Pamiętam, że mój dziecięcy umysł wtedy pękł, było to jak spełnienie marzeń. Świat, gdzie wszystko się ze sobą spotyka. Do tego ziemski turniej sztuk walki, czyli słynne Budokai Tenkaichi jako główne wydarzenie.

 

Humor – Trzeba przyznać, że lekkość jaką posiadał Dragon Ball, była niesamowita. Czasami parodiując nawet siebie. Jedne z moich ulubionych scen to te, w których nastoletni Gohan zostaje superbohaterem. Dziwaczne pozy, które wykonywał podczas przedstawiania swojego imienia do dziś mnie bawią. Kolejna jest scena, gdy Goku, o przepraszam, Songo poznaje Kaito, który pokazuje mu swój samochód, który okrąża jego dom-planetę w jakieś 10 sekund. Nawet podczas walk, nieraz dochodziło do niemal żenujących wydarzeń tylko po to, aby rozładować napięcie.

 

Przeciwnicy – Każdy z przeciwników był unikatowy i każdy fan ma swojego ulubionego. Wszystko działo się według określonego schematu, gdzie przedstawiono nam nowego oponenta jako niemożliwego do pokonania. Do tego byli naprawdę źli, a czasami budzili sympatię. Każdy z nich był oryginalny i tylko czekaliśmy na to kto i w jaki sposób pokona danego przeciwnika. Jak wiadomo Toriyama lubił dać się czasami wykazać innym postaciom pomimo tego, że to Goku był głównym bohaterem.

 

Teraz z niecierpliwością czekam na kontynuację nazwaną po prostu Super. Jak wiadomo seria GT pomimo bycia jednym wielkim fillerem, miała swoje plusy. Między innymi fakt nawiązywania do pierwszej serii i motyw podróży. Po upływie tylu lat dostaniemy, miejmy nadzieję, godnego następcę. Prawda niestety jest taka, że ani Kai, ani Battle of Gods nie były wystarczające dla fanów.