Czytelnia

Karolina Styczyńska została w Japonii pierwszą profesjonalną zawodniczką w grze shogi zagranicznego pochodzenia.

 

Do spróbowania swoich sił w japońskiej wersji szachów zainspirowała ją postać Shikamaru, jeden z bohaterów mangi Naruto. Postanowiliśmy przeprowadzić wywiad z Karoliną właśnie pod tym kątem. Mamy nadzieję, że poniższa treść będzie dla Was ciekawą i inspirującą lekturą. (W - Wojtini, K - Karolina).


 

W: W artykułach na Twój temat wyczytałem, że zaczęłaś interesować się shogi po przeczytaniu/obejrzeniu „Naruto”. Jak wyglądała twoja droga po tym, gdy zobaczyłaś jak Asuma gra z Shikamaru w japońską wersję szachów? To było coś na zasadzie "wygląda fajnie, spróbuję zagrać" i poszłaś do japońskiej szkoły w Polsce, czy uczyłaś się shogi bezpośrednio w Japonii, a może jakiś kurs internetowy? Zaznaczę, że wyczytałem, iż zaczynałaś na kurnik.pl, ale chyba nie wystarczy granie online, aby dojśc do poziomu profesjonalisty? (a może jednak?)

                K: Mangę „Naruto” zaczęłam czytać 9 lat temu. Bardzo się w serię wciągnęłam, ale pewnego dnia zwróciłam uwagę na pewną stronę w mandze. Dla czytelników znających szczegóły mangi, podczas egzaminu na chunina, kiedy Shikamaru walczy z Temari, jego nauczyciel Asuma zaczyna opowiadać o mocnych stronach Shikamaru. Jest rozmowa o wysokim IQ, ale jest też pokazana gra shogi. To zwróciło moją uwagę. Później Shikamaru walczy z Tayuyą, która używa fletu do przyzwania potworów. Wtedy Shikamaru używa swojej charakterystycznej techniki i przejmuje kontrolę nad tymi stworami. W  rozmowie między nimi padają porównania do szachów zwykłych. Ale nie bardzo mi one pasowały do zasad szachów. Dlatego też wyszukałam w internecie informacji o shogi, szachach japońskich. Okazało się, że w przeciwieństwie do szachów zwykłych, w shogi zbite figury stają się naszymi własnymi i możemy je „zrzucić” z powrotem na planszę. Stąd też porównanie przejęcia potworów do przejęcia figur przeciwnika w shogi. Pierwszy raz przeczytałam zasady gry na wspomnianym kurnik.pl. Tam też od razu zaczęłam grać, ale zamiast kanji na figurach używałam symboli. Oczywiście sama gra nie wystarczy do osiągnięcia poziomu profesjonalisty, ale na pewno pozwala na zdobycie pewnej siły w grze.

 

 

W: Skoro zainteresowałaś się shogi dzięki „Naruto”, to czy potrafiłaś już wtedy grać na wysokim poziomie w polską wersję szachów? Wyczytałem, że pierwszy raz zwyciężyłaś w Internetowych Mistrzostwach Polski w 2009 roku. Emisja „Naruto” na Jetix ruszyła w naszym kraju w 2007 roku. Ciekawi mnie więc, czy zaczęłaś się interesować shogi i szachami równolegle, czy jednak szachy towarzyszyły Ci jeszcze wcześniej?

 

                K: Szachy rzeczywiście towarzyszyły mi wcześniej. W rodzinie dziadkowie i tata umieli grać, więc w pewnym momencie mnie nauczyli. Ale nigdy nie byłam w szachach bardzo dobra, jedynie raz wystartowałam w turnieju. Muszę jednak przyznać, że doświadczenie z szachów pomaga w grze w shogi, ale tylko do pewnego poziomu. Zasady i dynamika gry jest jednak inna od szachów. Warto też powiedzieć, że w 2009 roku było tylko kilku graczy shogi w Polsce i wygranie Internetowych Mistrzostw Polski chociaż było wspaniałe, to jednak niewiele znaczyło.

 

W:  Trudno było opanować shogi na podstawowym, zaawansowanym i profesjonalnym poziomie?

 

                K: Szachy pomagają w nauce shogi, ale do pewnego poziomu. Żeby opisać dlaczego, najpierw opowiem o ich podobieństwach i różnicach. Celem obydwu gier jest zamatowanie króla przeciwnika. Niektóre figury są podobne (król, wieża, goniec, król), są też inne nowe figury (złoty i srebrny generał, lanca) i są znajome figury, ale mają troszkę inne możliwości (pionki – biją do przodu, skoczki – skaczą tylko do przodu). W shogi nie ma królowej. Figur w shogi jest więcej, ale w większości mają bardziej ograniczone możliwości ruchów, np. generałowie poruszają się tylko o jedno pole w danych kierunkach. W shogi mamy dwie zasady, które zmieniają dynamikę gry: promocja i zrzutki. Promocja rozciąga się na trzy ostatnie rzędy planszy (plansza jest 9x9) i promować mogą się wszystkie figury oprócz złotego generała i króla. Stąd też mamy dwie dodatkowe figury do zapamiętania – smoka (promowana wieża) i konia (promowany goniec). Inne figury promują się na złotego generała. Zrzutki natomiast jest to idea nieistniejąca w szachach. W shogi figury nie giną. Po zbiciu wędrują one do „ręki” przeciwnika, czyli (niepromowaną stroną) zostają postawione poza planszą. Zamiast wykonania ruchu możemy taką figurę powrócić na wolne miejsce na planszy jako własną! Z tego powodu w końcówce partii mamy nieporównywalną dynamikę. Liczy się tylko kto pierwszy złapie króla przeciwnika. Doświadczenie w szachach pomaga, ale po zastosowaniu powyższych dwóch zasad można zrozumieć, że w shogi są potrzebne trochę inne taktyki i prowadzi to do innych strategii. Jeśli ktoś jest bardzo silny w szachy, to można oczekiwać, że po krótszym treningu będzie bardzo dobry w shogi, ale oczywiście dotarcie do poziomu profesjonalnego to zupełnie inna dyskusja.

 

W: Co najbardziej zafascynowało Cię w shogi? Nie jest to gra, której towarzyszą "wybuchy i eksplozje", a jednak pochłonęła Cię całkowicie.

 

                K: Od dziecka lubiłam łamigłówki, a później gry planszowe. Jestem umysłem ścisłym. Jeśli chodzi o shogi, to bardzo mi się spodobała wcześniej wspomniana zasada zrzutek. Ilość wariantów rosnąca podczas rozgrywania partii jest dla mnie bardzo ciekawa. Oczywiście ścisłe powiązanie shogi z kulturą japońską również jest dla mnie plusem.

 

(Ratusz w japońskim mieście Kofu - transparent z gratulacjami dla Karoliny)

 

W: Pod koniec marca ubiegłego roku zostałaś ambasadorem miasta Kofu. Widziałem, że w japońskim mieście nawet wywieszono transparent z gratulacjami z okazji Twojego niedawnego zwycięstwa. Czy wiąże się to tylko z tytułem, który uzyskałaś? Shogi jest aż tak ważną dyscypliną w Japonii, że miasto posiadające 197 tys. mieszkańców uczyniło Cię ambasadorem? A może stoją za tym jakieś inne dokonania?   

 

                K: Ambasador miasta Kofu to tytuł bardziej PR-owy, ale bardzo się cieszę z tego wyróżnienia. Ten tytuł otrzymały osoby, które rozsławiły miasto Kofu w Japonii. W moim przypadku fakt, że jestem pierwszą osobą z zagranicy, która osiągnęła takie sukcesy w shogi (np. wygranie z profesjonalistką w turnieju profesjonalnym Joryu Ouza w 2012 i 2013 roku). Jestem pierwszą kobietą z zagranicy, która zakwalifikowała się do „szkoły profesjonalistów” Kenshukai, a teraz pierwszą obcokrajowcem, który został profesjonalistą (chociaż w moim wypadku to Joryu kishi, czyli profesjonalistka, bo są dwa systemy pro i ladies pro, ale to długa historia). Jeśli chodzi o shogi, to jest to japońska tradycyjna gra, stąd też może głębokie poruszenie w społeczeństwie, że jest obcokrajowiec profesjonalista. Jest to w długiej historii gry pierwszy taki przypadek i ponieważ shogi wciąż nie jest takie popularne za granicą, nikt się tego nie spodziewał tak szybko i tak nagle. W pewien sposób jestem symbolem początku globalizacji shogi, pionierem. Dlatego zwracam na siebie uwagę mediów i też miasta Kofu, które postanowiło to zaakceptować tytułem Ambasadora Kofu.

 

 

W:  Co poradziłabyś osobom chcącym spróbować swoich sił w shogi? Od czego zacząć?

 

                K: Na dobry start polecam filmiki youtube użytkownika Hidetchi, z których ja też się uczyłam. Ten sam człowiek stworzył serwer o nazwie 81dojo. Tam warto ćwiczyć shogi, bo ma wiele opcji jak możliwość analizy gry po jej rozegraniu. Można też zmienić figury na takie bez kanji.

 

W: Na sam koniec, chcesz podzielić się czymś z naszymi czytelnikami, fanami anime, oraz kultury japońskiej w Polsce?

 

                K: Marzenia się spełniają, trzeba tylko dużo pracować i mieć trochę farta

 

W: Tak i nigdy nie zbaczać ze swojej drogi nindo!