Czytelnia

Po ponad trzech latach od zakończenia oryginalnej serii czas na refleksję o przygodach syna ojca Boruto.

 

Podczas gdy manga ledwo się skończyła, a anime z bólem czołgało się do końca oryginalnej fabuły, rynek zdążył zaprezentować film kinowy o niemal dorosłych bohaterach, który został przepleciony wydaniem kilku nowelek, które zostały przeplecione jednotomową mangą o córce Sasuke, która szykowała nas na premierę kolejnej kinówki, tym razem o Boruto, oraz pierwszego rozdziału mangi o nim. Rok później Naruto Shippuuden doczołgał się do końca. Studio Pierrot, odpowiedzialne za jego produkcję, postanowiło pójść za ciosem i na szybko zekranizowało losowe nowelki. Na szybko, bo syn głównego bohatera nie mógł czekać…

 

 

Dochodzimy do teraźniejszości. Z całego galimatiasu zostają dwaj zawodnicy. Anime Boruto: Naruto Next Generations – przedstawiające wydarzenia przed filmem kinowym, oraz manga prezentująca wydarzenia z kinówki oraz po niej. Czy są warci uwagi starych fanów?

 

Anime Boruto jest jak wieczne fillery. Dobre, ale nadal fillery.

Serial telewizyjny przedstawia wydarzenia sprzed egzaminu na Chunnina. Nowe pokolenie, jeszcze nieświadome okrucieństw życia, wesoło biega po akademii ninja, rozwiązując mniejsze i większe problemy spokojnej codzienności. Anime można traktować jako miły powrót do dziecięcej niewinności i próbę znalezienia się w nowych czasach pokoju, gdzie bohaterowie, bez używania rasenganów, uroczo krzyczą jeden przez drugiego kłócąc się o przysłowiową bułkę.

 

Wszystko wpada jednak w pułapkę epizodyczności. Uwięzione między historią oryginalną a wydarzeniami z Boruto: Naruto the Movie i mangą, anime boi się rozwijać historie, o wymiarze mogącym na stale przyciągnąć widzów do ekranu. Każdy odcinek przypomina filler serwujący maksymalnie kilkuepizodowy, nadmuchany problem, na który od razu znajduje się rozwiązanie. Znajdzie się kilku nowych, ciekawych bohaterów, którzy będą mieli coś ciekawego do powiedzenia, a nawet krótkie chwile zadumy nad sensem życia, jednak wszystko jest zbyt rozmydlone i zbyt przyćmione blaskiem borutocentryzmu.

 

Czasem anime próbuje być groźne, ale przez większość czasu i tak to typowa sielanka

 

A jaki jest Boruto? Mimo, że anime dyskretnie próbuje go prezentować jako zadziorną, lekko zagubioną w życiu osobę, młody Uzumaki nie ma charakteru, który od razu przypadnie do gustu. Rozwydrzony, leniwy, a na domiar złego utalentowany i aprobujący wszystkie wartości, które wprowadzane były przez naprawdę wiele rozdziałów oryginalnej historii. Praca zespołowa? Zaliczone. Przyjaciele i rodzina? Są. Spryt w walce? Jest. Biegłość w ninjutsu? Mamy. Margines na rozwój? Nikły, przynajmniej w najbliższym czasie. Reszta bohaterów młodego pokolenia, oryginalnie znanych z mangi, też prezentuje się marnie, w najlepszym wypadku powtarzając w kółko te same frazy. Z tych starszych zostanie nam przybliżonych kilka sylwetek (m.in. Shino), jednak nawet sami Hokage (sztuk dwie) raczej mają mało do gadania, kiedy Boruto i spółka rozwiązują problemy o trzy ligi wyżej niż ich poziom. Nie można zaprzeczyć, że seria jest przyjemna, animacja stoi na całkiem dobrym poziomie (Sakura vs. Shin, zapraszam do seansu), jednak nie wywołuje mocniejszych emocji. Ot, taka niezobowiązująca rozrywka.

 

Śmierć, cierpienie, zniszczenie Konohy, tak zaczyna się manga Boruto.

Po takim początku można było spodziewać się wszystkiego. Tego co się wydarzyło nikt jednak nie chciał się spodziewać – manga przez dziesięć miesięcy prezentowała dokładnie te same wydarzenia, co film kinowy. Jeśli komuś nie przeszkadza styl rysowania Mikio Ikemoto, będzie to przyjemna lektura, fabuła Boruto: The Naruto Movie jest bowiem dobrze skrojoną historią w którą wkład ma także oryginalny twórca serii. To, co dzieje się później też nie wypada źle – całość co prawda opiera się na (czy to nie brzmi znajomo) śledzeniu działań i walce ze złowrogą organizacją mającą coś wspólnego z Kaguyą i jej kosmicznymi przyjaciółmi, jednak zdecydowanie odchodzi od fillerowej formy, jaką obecnie ma wersja animowana.

 

Czasem autorowi mangi wychodzi, a czasem nie

 

Pojawia się także ważny wątek wykorzystywania zaawansowanej technologii przez shinobi, przez co historia tworzy swój własny klimat, nieco różniący się od oryginału. Powoli zaczyna się tworzyć fabuła, którą można by było śledzić, a jednocześnie nierzadko ocierająca się o granice śmieszności.

 

Boruto i zaawansowana technologia (gościnnie: Yoda)

 

Póki nie myślimy zbyt długo, zabawa jest całkiem przednia, choć miesięczny tryb wydawania nie sprzyja regularnemu wyczekiwaniu kolejnych rozdziałów.

 

Życie po końcu

Przyszedł czas odpowiedzi na pytanie: czy warto? Niektórzy bawią się przy tej serii całkiem dobrze, osobiście – nadal odczuwam pustkę po sposobie w jakim skończył się oryginał. Boruto rozpatrywany jako kontynuacja przygód jego ojca to seria, która składa obietnice bez pokrycia. Jako historia niezależna wypada całkiem dobrze i, ku miłemu zaskoczeniu, dzięki wydawnictwu J.P.F. tomiki Boruto będą dostępne na naszym rodzimym rynku. Myślę jednak, że znajdzie się dużo innych serii zasługujących na większą uwagę niż przygody nowego pokolenia. Boruto to nie Naruto. Dlatego nie ma co liczyć na emocje, które towarzyszyły nam za czasów świetności oryginału.