Czytelnia
O Naruto, Boruto, zaczynaniu nowych serii i trójkątach miłosnych – wywiad z Masashim Kishimoto przeprowadzony przez amerykańskiego Weekly Shonen Jumpa.
Słów kilka o japońskim systemie pisma, czyli razem z maczetą świadomości wyruszmy na pojedynek z gąszczem wschodnich krzaczków.
Każdy ogląda to, co chce oglądać. Możemy zasugerować się rekomendacją znajomego, rankingami albo wybrać coś ze względu na ładny screen, jednak decyzja należy do nas. Sporą popularnością cieszą się również rozpiski sezonów - przeglądając zestawienia nadchodzących nowości, niektórzy już na kilka tygodni przed rozpoczęciem emisji wybierają interesujące ich tytuły.
Japońskie animacje można spożywać na wiele sposobów. Na chybił trafił albo konesersko. Jeden odcineczek do obiadu albo 12-odcinkowa seria na raz. W czasach wszechdostępności anime wszystko zależy jedynie od naszego czasu i naszych upodobań. A jakie one są?
Nie każdy człowiek mający za sobą lekturę/seans "Death Note" czy "Spirited Away" kwalifikuje się do bycia otaku czy, jeśli czepiamy się nazewnictwa, typowym fanem M&A. Przyznajmy jednak, że większość z nas już przy pierwszych kontaktach z tworami kultury naszych wschodnich znajomych szybko wpada w temat po czubek głowy i to nierzadko w stopniu wskazującym pewne odchyły.
1